Magda Szczerbik (32 l.) to sympatyczna wadowiczanka, która dla wielu swoich znajomych jest prawdziwą bohaterką. Dziewczyna od 16 lat walczy z chorobą, która sieje spustoszenie w jej organizmie. "Od 1993 roku choruję na Stwardnienie Rozsiane w skrócie SM. Jest to dziwna choroba, która atakuje ludzi w różnym wieku bez żadnego ostrzeżenia i przyczyny. Mnie dopadła w wieku 16 lat i nie pozwoliła zrealizować wielu marzeń i planów. Pomału niszczy mój organizm od środka pchając na wózek inwalidzki. Wiem, że wiele osób powie nie poddawaj się, walcz ale ja czasami nie mam już siły" - zdecydowała się o sobie napisać Magda Szczerbik.
Od wielu lat Magdzie pomaga przejść przez trudy choroby kochająca rodzina i przyjaciele. Teraz Magda zdecydowała się opowiedzieć o swojej chorobie nam wszystkim, a koleżanki i przyjaciółki postanowiły zroganizować dla niej koncert charytatywny w klubie Bowling w Wadowicach (godz. 17, niedziela 27.12).
Wystąpią na nim zespół Brave, Duży Ptak oraz Różowa Pantera Band. Gościem specjalnym będzie Sebastian Wątroba z serialu telewizyjnego W11.Będzie się więc działo, a najwazniejsze jest, że całkowity dochód z koncertu zostanie przekazany na leczenie Magdaleny Szczerbik.
Owszem płakałam, jak usłyszałam tę diagnozę ale szybko wytarłam łzy i z jeszcze większym zapałem wzięłam się do nauki. Może to głupie, ale...
>> Przeczytaj opowieść wadowiczanki:
Niestety ja w nic się nie wstrzeliłam
Na początku po pierwszych objawach, czyli zdrętwieniu lewej ręki i twarzy tzw.rzucie, wizycie u lekarza i kilku tabletkach (nawet nie wiedziałam, że były to sterydy-ENCORTON, bo lekarz nie powiedział mi co podejrzewa) wszystko wróciło do normy i wg mnie było OK.
Była to koncówka 3-klasy liceum więc wszystkie dolegliwości zrzucałam na stres przed zbliżającą się nieuchronnie maturą i ciężkie przedmioty w liceum. Pamiętam tylko, że miałam problemy z szybkim pisaniem, chodzeniem i bieganiem za piłką na boisku szkolnym toteż lekarz napisał mi zwolnienie z ćwiczeń gimnastycznych. On już wiedział co mi jest bo wysłał mnie na rezonans magnetyczny (wtedy tylko taki był w Warszawie) który potwierdził jego przypuszczenia.
Natomiast mi nic nie mówiły dziwne nazwy przy zdjęciu. Był początek stycznia a więc przygotowania do studniówki i końca 4-tej klasy w szkole średniej. Trzeba było popoprawiać oceny, żeby na świadectwie maturalnym nie było niepotrzebnej trójki czy "pały" więc znów stres i kolejny rzut pozagałkowe zapalenie nerwu wzrokowego.
Znów tabletki i na studniówkę można było iść i tańczyć do białego rana!!! A teraz czas nieubłagalnie biegł i nastała MATURA. Miałam tabletki, które zostały mi po ostatnim rzucie więc gdy tylko czułam się troszku bardziej słaba łykałam je sobie myśląc to jakiś cudowny lek, który mnie podnosi do pionu i tak dotrwałam do końca Liceum, lecz teraz kolejny problem gdzie złożyć papiery na studia.
Wybrałam Politechnikę Krakowską Wydział Ochrony Środowiska i wprawdzie lekarz przestrzegał mnie bym czasami nie stykała się z chemikaliami to nadal nie powiedział dlaczego mam tego nie robić. Żyłam w "błogim stanie" niepewności co mi jest. Zaczęły się studia i I semestr na PK i znów m.in. zajęcia z aerobiku na w-f. Nie dałam rady wciąż skakać więc poradzono mi iść do akademickiej przychodni i ze swoimi wynikami zgłosić się na komisję w celu zwolnienia z zajęć.
Poszłam, zwolnienie otrzymałam, ale i też skierowanie do przychodni, gdzie był lekarz rehabilitant, który nie owijając w bawełnę powiedział : No bo wie pani to jest stwardnienie rozsiane, więc ja proponuję wieczorne zabiegi na basenie.
W tym momencie zawalił mi się świat, bo przypadkiem w czasie wakacji oglądam film o kobiecie chorej na SM i wiedziałam co ta paskudna choroba może zrobić z człowiekiem! Ja jednak zgrywałam przed całym światem twardą, nieugiętą i silną.
Owszem płakałam, jak usłyszałam tę diagnozę ale szybko wytarłam łzy i z jeszcze większym zapałem wzięłam się do nauki. Może to głupie, ale właśnie dzięki silnemu stresowi byłam w stanie pokonywać przeszkody i to nic, że czasem śmiano się, że nie podbiegam do odjeżdżającego autobusu albo idę wolnym krokiem, ale to nic.
Teraz wiem, że to nie było dla mnie i te ciągłe stresy, niekończące się zaliczenia z każdego przedmiotu pomału mnie wykańczało ale nie poddawałam się, byłam silna duchem . Zaliczyłam I rok oraz praktyki w Mszanie Dolnej ale już wtedy zaczynało pojawiać się pytanie czy dobrze robię brnąc dalej by uczyć się na Politechnice. Zaliczyłam prawie cały III semestr bo chyba bez 1-go egzaminu i poszłam na urlop zdrowotny.
Niestety jestem niezdecydowana więc od października zamiast trochu zrzucić ciężarów z barków jeszcze dołożyłam zapisując się na drugą uczelnię Wyższą Szkołę Zarządzania i Bankowości i wydawało mi się, że dam radę. Niestety nie dałam. Musiałam pożegnać się z Polibudą i poznanymi tam osobami i spokojnie studiować na Jednej Uczelni. Jednakże zaczęły się coraz większe problemy zdrowotne.
Mieszkałam w akademiku w Krakowie, więc tu poszukałam nowego specjalisty, który pracuje w szpitalu. Trochu z pomocą znalazłam Poradnię dla Chorych na stwardnienie rozsiane w Krakowie, a w niej lekarza-neurologa.
Była i nadal jest to pani dr Anna R. Ordynator szpitala Żeromskiego. Zaczęłam przyjmować wlewy comiesięczne Sandogobuliny. Trwało to przez dwa lata. Po przyjęciu pierwszego wlewu czułam się wspaniale. Przetańczyłam całe wesele koleżanki i mogłam nawet podskakiwać w tańcu. Niestety po kolejnych wlewach byłam coraz słabsza.
Toteż lekarz po 2 latach zaproponowała mi inny testowany wówczas preparat - Betaferon. Zażywałam go ponad 2 lata i niestety musiałam skończyć, ponieważ wówczas nie był on refundowany przez NFZ, a zwyczajnie oszczędności rodziców się skończyły. Myślę, że gdyby wówczas była ta możliwość skorzystania z 1% byłabym w lepszym stanie niż obecnie jestem, bo czułam się zdecydowanie lepiej.
Choroba jakby trochu się zatrzymała i nie było rzutów !
Teraz od chyba 2 czy 3 lat jest taka możliwość by przekazać konkretnej osobie ten 1% , a nie tylko jakiejś fundacji. Mamy 21 wiek i badania wciąż trwają nad tą chorobą i teraz niedawno wynaleźli Tisabri. Po raz pierwszy jest to nazwane lekiem. Biorę go ale znowu nie jest refundowany przez państwo i dlatego muszę szukać pieniędzy i sponsorów.
Dzięki zaangażowaniu wszystkich znajomych przy zbieraniu plastikowych nakrętek i koncercie przygotowanym przez dziewczyny oraz mojej przedsiębiorczej koleżanki myślę, że uda mi się uzbierać kasę choćby na 1 dawkę.
Zrobiło mi się smutno i mokro pod oczami, kiedy to pewna lekarka kiedyś powiedziała mi, że trzeba wiedzieć, kiedy się urodzić tudzież rozchorować by trafić w najlepszy czas:. Refundacji, odkrycia lekarstwa itp.
Niestety ja w nic się nie wstrzeliłam i nie poszłam już do tej lekarki!
Ja swoje dałem, i za Magdę trzymam kciuki! :)
Będzie dobrze!
PS. Mam nadzieję że zebrane pieniążki wystarczą na leczenie.
Bo słyszałam o tej akcji i trochę ich mam ... Można też zorganizować ich zbiórkę ...Żeby szybciej zebrać potrzebną ilość :)
Życzę wytrwałości !!!!
| < Poprzednia | Następna > |
|---|











